Przez cały cholery dzień siedziałem w swoim pomieszczeniu, prawie cały czas siedzę tutaj sam, tylko czasem przychodził Fred, albo Mangle i z nimi sobie mogłem pogadać. W pewnym momencie dnia po prostu usnąłem w swojej animatronicznej postaci. Nienawidziłem jej tak bardzo, że unikałem luster, w ogóle nie lubiłem swojego wyglądu. Uważałem się za dziwadło, zwłaszcza, że wszyscy prócz mnie i BG to zwierzęta. Gdy się obudziłem, było już ciemno, w pomieszczeniu jednak było o wiele jaśniej, niżeli na zewnątrz, przynajmniej mogłem dostrzec wiele rzeczy znajdujących się w owym pomieszczeniu. Wstałem z ziemi, po czym się przeciągnąłem. Spojrzałem za okno, padało.
Zawiązałem balonik z helem słysząc, że ktoś powoli się zbliża.
Strzepałem z siebie niepotrzebny mi do szczęścia kurz i popatrzyłem przed siebie. No tak.
Kiedy chłopak pochylił się w moją stronę, odsunąłem się bo jebnął mi tym światłem z latarki prosto w twarz, wygiąłem usta w grymasie, po czym zabrałem mu latarkę z ręki.
- Jak mogłeś ziom? Wiesz, że Ci Kurwa ufałem? - zapytałem się go z śmiertelnie poważnym tonem głosu. Udałem, że jestem załamany, zasłoniłem twarz ręką, by jednak po chwili ją odsłonić.
- Walcz na śmierć i życie! - powiedziałem z entuzjazmem w głosie wyciągając przed siebie latarkę.
- Ej, ale oddasz mi baterie, nie? Powiedz, że oddasz... nie dręcz mojej psychiki - powiedziałem 'smutno'. Nagle usłyszałem, że ktoś wchodzi do budynku. Miałem strasznie wyczulony słuch, opuściłem latarkę i spojrzałem na towarzysza - Ktoś chyba wszedł do pizzerii - powiedziałem do niego z uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz